RSS
czwartek, 25 października 2007

Nie piszę, Kochane.... Moje dni wolniutko przesypują się w klepsydrze czasu. Czasem mam wrażenie, że zeszłam na boczny tor i tam przeczekuje swoje życie. Komputer ledwo żyje, tylko czekam, kiedy odmówi współpracy.

Nie chcę marudzić! Nie będę marudzić! Słońca mi brakuje. Anemia. I tyle.

Zaraz biorę się za śląskie kluski. Gulasz z pysznym sosem już przygotowany, teraz pora na kluski. Taki gulasz z kluseczkami to pychota :-))) Będę wyobrażać sobie , że każda wytoczona kluseczka to takie maleńkie słoneczko. Taki smutny dzisiaj dzień. Dzień z kluseczkami będzie weselszy. I milszy :-)))

13:06, mirabelllla
Link Komentarze (17) »
czwartek, 13 września 2007

Obierając ziemniaki przed telewizorem, natrafiłam na film "Sprawa Kramerów"

Film zmierzał już ku końcowi, ale mimo to postanowiłam go obejrzeć. Z tym filmem wiąże się pewne wspomnienie, które zapadło mi głęboko w duszy.

Nie pamietam dokładnej daty, było to na pewno ze sto lat temu, hihi, mój chłopak zaprosił mnie do kina. Pamietam, że urwaliśmy się z zajęć na studiach, pora była jesienna, ciepło,  biegliśmy przez krakowskie Planty do kina na "Sprawę Kramerów" właśnie.

Film był bardzo poruszający, tak,że przestałam wgapiać się w mojego Skarba na sąsiednim fotelu, pochłonięta całkowicie filmem. Tak samo zachowywał się Misiek.

Dopiero po wyjściu z kina spojrzeliśmy na siebie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zauważyłam wielkie mokre plamy na jego skromnym, szaroburym swetrze. Byłam kompletnie zaskoczona i poruszona faktem, że mój wielki silny mężczyzna potrafi płakać wielkimi łzami ze wzruszenia. Misiek widząc moje zdumienie, zapytał tylko, czy mnie film nie wzruszył. Oczywiście , że wzruszył ! Ale jeszcze bardziej wzruszył mnie widok  łez na jego swetrze.

Misiek został moim mężem, nadal go kocham, za całokształt, za te łzy na swetrze, chociaż rozdzieliła nas śmierć. On tam , ja tu. Trwamy.

W poniedziałek 8 rocznica śmierci, a dzisiaj ta "Sprawa Kramerów"...... Poryczałam sobie jak bóbr.

11:40, mirabelllla
Link Komentarze (7) »
czwartek, 10 maja 2007

Drgnęło w moim życiu, konkretnie w życiu zawodowym. W osobistym bez zmian. Nadmiar zmian mógłby mnie zabić, hihi

W przyszłym tygodniu zaczynam. Boje się, jak sobie poradzę, a zaczynam przecież prawie od zera. No, zero musi zaczynać od zera, buahahaha !!!!!  Żeby tylko zdrowie mi nie szwankowało. Będzie dobrze.

Młody  w nocy znowu miał krwotok z nosa. Na poduszce duża plama krwi. Krew na policzku, na jego łapkach. A on śpi. Okropny widok.  Doraźna pomoc laryngologa nie pomogła. Trzeba bedzie pojechać do szpitala i wypalić to osłabione naczyńko. Tylko że to wiąże się z narkozą i pobytem w szpitalu.   A ja na szpitale jestem uczulona i boję się ich histerycznie. Ale co zrobić. Najlepiej byłoby zdążyć przed wyjazdem na zieloną szkołę. Czasu zostało niedużo. Moze sie uda.

10:28, mirabelllla
Link Komentarze (23) »
wtorek, 08 maja 2007

Wróciłam i nic nie piszę, nie czytam, nie komentuje... Nieładnie. Trudny to powrót. Nieskuteczny. Beznadziejny.

Przyznam się, jestem nałogowcem. Łatwo wpadam w nałogi. Wszystko, poza tym, co potocznie uważamy za nałogi, może mnie uzależnić. Za to alkohol, papierosy, narkotyki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Do tej pory nie wypaliłam ani jednego papierosa, dziwadło takie !!! Nawet kawe piję tylko dla towarzystwa.

No właśnie.... dlatego internet jest dla mnie grozny. Bo siedze i tylko wgapiam się w ekranik. Żadnej aktywności. Napisanie komentarza jest zadaniem ponad moje siły. nie mam ochoty pisać mailów do moich przyjaciół, rozmawiać przez komunikatory, dokształcać się... Ja poprostu zamieram i siedzę tak bez sensu. Dlatego staram się unikać zbyt częstych kontaktów z komputerem.

Może ja już nie żyję ???!!!!

 

23:26, mirabelllla
Link Komentarze (8) »
środa, 25 kwietnia 2007

To taki powrót podwójny, i na łany internetowego dziennika i do domu, po tygodniowej wyprawie na drugi koniec Polski, do Gdańska.

Dziękuje wszystkim, którzy do mnie zaglądali, czekajac na mój powrót. A dałam na siebie czekać !!! Ponad dwa miesiące. Kawał czasu. Dziękuje Wam, Kochane, że czekałyście. Nie popiszę się może elokwencją, ale zawsze jakieś słówko uronię. Dla siebie i dla Was :)

Nie czuje się najlepiej. Jakoś mnie tak życie boli, nic nie jest proste, dzieci dają mi tak popalić, że często muszę popłakać, żeby wylać z siebie te złe emocje. Problem siedzi we mnie, a ja trace siły w zastraszającym tempie.

Kiedyś modliłam się o mądrość. Mądrość dla mnie, samotnej matki, obdarzonej dziećmi o silnej osobowości. A ja jestem człowiekiem łagodnym, współpracującym, totalny brak kompetencji, by być szefem. Myślałam, że stworze z naszej małej rodzinki twór szczęśliwy, nie oparty na przemocy i terrorze. I guzik !!! Nie wyszło. Sama miłość i ciepło nie wystarczy. Szef musi być ! I tym szefem muszę być ja. Mimo braku kompetencji i sił. Idealistka musi stać się realistką, i to od zaraz ! Takie nagłe zmiany bolą, ale im szybciej zajdą tym lepiej.

Nieraz muszę walnąć pięścią w stół i krzyknąć "Ja tu jestem matką i szefem" Robię to dla siebie, hi hi Żeby nie zapomnieć. A zapominam bardzo często. Zapominam też o karach jakie nakładam na moje niesforne potomstwo. Dlatego musze sobie zapisać - Zakaz oglądania telewizji i korzystania z komputera do piątku dla Młodego. I koniec. I kropka.

Teraz możecie pośmiać się ze mnie, taka cholerna ze mnie idealistka.  Bo mnie i śmieszno i straszno. Taki dziwny ze mnie stwór, jak nie z tej ziemi. Wybaczcie, że tak dzisiaj narzekam i jojczę, ale dziś nie mam sił na nic innego. No i jeszcze PIT na mnie czeka. Uczę się na własnych błędach. Jestem coraz bliższa tej cudownej chwili złożenia zeznania w urzędzie ;)))

 

12:40, mirabelllla
Link Komentarze (9) »
niedziela, 04 lutego 2007

Postanowiłam na jakiś czas rozstać się z komputerem. Dla dobra moich dzieci. Nieudolna ze mnie matka, nie potrafię zorganizować zycia w naszym domu tak, żeby miało to ręce i nogi. Niestety. Nie chce, żeby dzieci pozabijały się walcząc o dostęp do komputera. Za mało we mnie konsekwencji i stanowczości. Nie wiem, jak to zorganizować, żeby było dobrze. Dlatego usuwam przedmiot sporu. Nie wiem, jak długo potwa ta przerwa, ale naprawde nie mam już sił na walkę z własną progeniturą.

Chciałam Wam o tym powiedzieć, żeby nikt nie martwił się, że znowu mnie nie ma. Powrócę tak szybko, jak tylko się da. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Życzcie mi dużo sił i cierpliwości. I do następnego wpisu :)))

00:06, mirabelllla
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 stycznia 2007

Usłyszałam kiedyś to określenie z ust młodego człowieka i bardzo mnie ono ubawiło. No, niestety, w oczach nastolatków, sędziwa ze mnie istota. Mimo to całą sobotnią noc spędziłam na dyskotece. Myślę, że bawiłam się o wiele lepiej niż osobnicy przed i tuż po dwudziestce, bo tacy stanowili większość.

Przygarneli mnie znajomi mojej koleżanki z kursu tańca, młodzi piękni trzydziestolatkowie. Było nas "dwóch synków i cztery gryfne dziołchy" - to w gwarze śląskiej, bo rzecz dzieje się na Śląsku. W ostatniej chwili zmieniliśmy dyskotekę, bo okazało się, że tam, gdzie, chcemy się bawić, grają tylko techno. A techno zupełnie nam nie "pasi" hihi

A więc pojechaliśmy pięknymi, zaśnieżonymi drogami do oddalonej o pół godziny jazdy  dyskoteki, gdzie nie króluje techno. Jako pierwsi weszliśmy na parkiet, no i bardzo dobrze, bo można było potańczyć. Potem zrobił sie taki ścisk, że tylko... z nogi na nogę, rąsia w górę , rąsia w dół... A mnie potrzeba  dużo miejsca  do tańca, bo tańcze z dużą inwencją twórczą, jak okreslił to mój kolega, hihi  Dopiero po kilku godzinach tańca byłam w stanie grzecznie "deptać kapustę".

Teraz małe wyjaśnienie, dlaczego roztkliwiam sie nad zwykłą dyskoteką.... Po pierwsze, na dyskotece nie byłam już sto lat. Ostatni raz na studiach. Nie stwierdziłam po niej ubytku słuchu, choć zapomniałam kupić sobie stopery do uszu. Wytrzymałam do godziny trzeciej, walcząc dzielnie na parkiecie. Poza tym nie udało mi się wypatrzyć osobnika starszego ode mnie ;))) A więc prawdziwa ze mnie geriatria, hihi    Geriatria na dyskotece !

11:41, mirabelllla
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 stycznia 2007

Brrr, zimno ! Wróciłam z garażu przynosząc  barszczyk mojej wygłodniałej córce. Zapomniałam, że ona dopiero teraz zaczyna żerować.  Za wcześnie wyniosłam go do naszej naturalnej lodówki, czyli garażu. Zimno, coraz zimniej... Na termometrze -7, a ma być jeszcze gorzej. Może wspomnienia o Egipcie troszke mnie rozgrzeją...

Warszawa pożegnała nas szaroburym niebem i gęstym deszczem. Po niecałych czterech godzinach lądujemy na Synaju. Oślepiające słońce przypomina nam, że nie zabrałyśmy okularów przeciwsłonecznych. Jest przyjemnie ciepło, polarki i kurtki ładujemy do worków i zostajemy tylko w koszulkach. Pogoda styczniowa w Egipcie przypomina nasze przecietne, chłodne, polskie  lato. W południe mozna bez problemu opalać się w kostiumie na plaży, bez odrazy wejsć do morza ( temp. ok. 20 stopni ) Niestety, tak jak u nas, słońce bardzo wczesnie zachodzi i szybko robi się chłodno. Na wieczór niezbędny jest sweter albo polar . To egipskie słońce jest cudowne, rozgrzewało serce i dusze takiej depresyjnej kobitki, jak ja ;)

Po przylocie szybki transfer do hotelu. Hotel bardzo ładny. Fikuśne baseny, ładne pawilony mieszkalne. Moja przyjaciółka R. i ja dostajemy pokój na I pietrze, najblizej basenu. Zdążyłyśmy cyknąć parę fotek na balkonie przed zachodem słońca i pobiegłyśmy coś zjeść.

Jedzonko !!!! Mniam, mniam :))) Byłyśmy trochę wygłodniałe, więc próbowałyśmy wszystkiego po trochu. Wszystko wystawione w formie bufetu, mozna było brać do woli. Wszelkiego rodzaju jarzyny, mięsa, dodatki do mięs. Potrawy wegetariańskie, same  ziemniaki były w pięciu postaciach. Do tego ryż z róznymi dodatkami, kuskus... Pychota !   Mnie najbardziej przypadły do smaku cukinie zapiekane z mięsem. Próbowałam przyrządzić je po powrocie do domu, ale tajemnica smaku tkwi chyba w przyprawach. 

Po obiadku przyszedł czas na desery. I to dopiero była orgia smaków!!!! Jaka szkoda, że człowiek ma tylko jeden żołądek, a nie jak krowa na przykład, żwacz o pojemności 200 litrów, hi hi  Owoce, a jakże, też były. R. objadała się truskawkami, a ja wolałam melona i inne ichniejsze owoce wsuwać. Rozczarowały mnie świeże daktyle, mają jakiś taki pastewny smak. Suszone bardziej mi smakują. A reszta bez zarzutu :)))

No tak, teraz już wiecie, jaki ze mnie obżartuch. Po sutym posiłku wybrałyśmy się na zwiedzanie hotelu. Zajmuje on ogromny obszar, takie małe miasteczko, z główną promenadą, mnóstwem budynków z pokojami hotelowymi, sklepami, barami, dyskoteką ... Piękna egzotyczna roslinność. Palmy ubrane w "kabaretki" czyli świecące siateczki. Pieknie się to świeciło i mieniło wszystkimi kolorami. Zapadał zmrok. Doszłyśmy nad morze i oniemiałyśmy z zachwytu. Księżyc w pełni rozświetlał ciemną wodę, a na niebie migotały miliony gwiazd. Napawałyśmy sie tym widokiem bardzo długo, a potem chciałyśmy uwiecznić  go na fotografii. Niestety, zdjecia wyszły fatalnie. Całe szczęście, że ten widok wrył się głeboko w pamięć i w każdej chwili mogę go przywołać.

Póżnym wieczorem, a właściwie juz w nocy wróciłysmy do pokoju. Pokój bardzo sympatyczny, łazienka czysta. Powitalny pakiet z owocami na stoliku. Miałyśmy wspaniałe humorki, moze to też wina dezynfekcji Finlandią żoładka po posiłkach  ;)))  Ale takie były zalecenia starych bywalców, żeby sie dezynfekować po kazdym posiłku, bo "zemsta faraona" czyha na każdym kroku. Dla niewtajemniczonych : są to dość nieprzyjemne zaburzenia żoładkowe, jakie mogą sie nam przytrafić w Egipcie.

Jestem w euforii do czasu wyjęcia  pościeli z szafy.  Poszwa jest brudna !!! Wysmarowana szminką i wogóle paskudna. Feee!   Dzwonie do recepcji ze słusznymi żalami. Niestety nie pamietałam, jak jest poszwa po angielsku. Próbuje opisowo rzecz załatwić, mówię o prześcieradle, bo to akurat pamietam (podobnie  jak g... po angielsku ;)) )  Po godzinie dzwonie zdenerwowana, bo brak reakcji na moją prośbę, dowiaduje się , że boy już biegnie. I faktycznie, po 1,5 godziny przychodzi Mohamed z naręczem przescieradeł, ale poszwy nie ma ani jednej... Bo mówili mu, że tylko prześcieradło potrzebne. Ufff... wysyłam go po poszwę, przynosi, ścieli, jest bardzo grzeczny. Dostaje bakszysz, wylewnie nas żegna. I wreszcie mozemy iść spać. Jest już po drugiej. Zasypiamy słodko. Skończył się nasz pierwszy dzień w Egipcie.

23:48, mirabelllla
Link Komentarze (16) »
środa, 24 stycznia 2007

No i co ja, biedna sierota zrobię ????!!!!! Pożarło mi wpis, tylko tytuł został. Chciałam wstawić zdjecie i teraz nie ma nic :(((

Spróbuje wieczorem jeszcze raz.... Teraz muszę już znikać. Buziaczki serdeczne.

14:44, mirabelllla
Link Komentarze (9) »
wtorek, 16 stycznia 2007

Już wczoraj wróciłam  do domu, ale wczoraj czasu zabrakło, żeby siąść przed komputerkiem i zdać relacje. Dzisiaj mam jeszcze szum w głowie i jeśli tylko czas pozwoli buchnę na kilka godzin do łóżeczka.

A więc trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno.... wyjazd na tydzień do Egiptu. Pojechałam w zastępstwie męża mojej przyjaciółki, który niestety nie mógł jechać. Miałam kilka dni na "pogodzenie się" z losem ;))) no i ... poleciałam !

Przed wyjazdem kupiłam z pomocą mojej przyjaciółki kilka ciuszków ( bo ja do zakupów to..  oj, ciężka jestem, a wręcz ociężała umysłowo, hihi ) torbę na kółkach, troche dolarków na bakszysz i drobne upominki. Zarządziłam dziećmi, żeby przetrwały tę tygodniową rozłąkę i już mnie nie było.

Pobyt w Egipcie miał charakter roboczy, bo było tzw study tour, przeznaczony dla organizatorów turystyki. Głównym punktem programu było zwiedzanie hoteli. A więc zwiedzałam namiętnie hotele, wybałuszałam oczyska na te różne cuda i cudeńka, baseny takie i śmakie, obejrzałam kilkadziesiąt różnych pokojów hotelowych, wystrojów recepcji, restauracji, dodatkowych atrakcji... Mam totalny mętlik w głowie, gdzie co widziałam. Ale to nic. Było super. Niektóre hotele było tak "przefajnowane", że aż mdło  człowiekowi się robiło. Jakby słodki tort polać z wierzchu  jeszcze grubą warstwą lukru. Były też przepiękne, stylowe hotele, tak że nawet starym turystycznym wyjadaczom szczęka opadała aż do ziemi i przez kilka chwil zapadała wymowna cisza.

Poza zwiedzaniem, sama przetestowałam trzy hotele, bo w trzech byliśmy zakwaterowani. Oczywiście mieliśmy opcje all inclusive, więc żarełko i picie kiedy się chce i ile się chce. W tym wszelkie trunki. Szkoda, że ze mnie taki kiepski amator drinków, bo mogłabym spić się jak bąk, hi hi

Na tym kończę, bo obowiązki wzywają. Ciąg dalszy oczywiscie nastąpi wkrótce. Napisze o rafie i wycieczce do Ziemi Świetej :))) Buziaczki.

 

10:30, mirabelllla
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5